Zdaje sobie sprawę, że nie ma już nikogo, za kim mogłaby się schować.
Odwraca się do mnie. Jej twarz się wykrzywia. To nie ten udawany, teatralny jęk, co wcześniej. To rozpaczliwy, przeraźliwy szloch kobiety tracącej publiczność.
„Clare” – szlocha – „jak mogłaś to zrobić? Spójrz, co zrobiłaś. Zniszczyłaś tę rodzinę”.
Nie odpowiadam. Nie muszę.
Z cienia jadalni wychodzi Andrea. Unosi telefon.
„Właściwie, pani Caldwell” – mówi Andrea, a jej głos przebija się przez szloch Marilyn – „sama to pani zniszczyła jakieś trzy dni temu”.
Marilyn patrzy na reporterkę.
„Kim pani jest?” – pyta.
„Jestem tą kobietą, do której pani napisała maila” – mówi Andrea. „Wysłałaś cynk do Glenn Haven Gazette 20 grudnia. Twierdziłaś, że nowa właścicielka Blackwood Manor jest niebezpiecznie niezrównoważoną kobietą i że społeczność powinna wesprzeć rodzinę w jej staraniach o interwencję”.
Andrea przewija ekran telefonu, obracając go tak, aby Marilyn mogła go zobaczyć.
„Ustawiałaś historię, zanim jeszcze tam dotarłaś” – mówi Andrea. „Planowałaś umieścić Clare w szpitalu psychiatrycznym albo zniszczyć jej reputację, żeby móc przejąć kontrolę nad nieruchomością bez pytania. To nie jest kontrola socjalna, pani Caldwell. To zaplanowany spisek mający na celu popełnienie oszustwa”.
Marilyn blednie. Wygląda jak duch.
Myślała, że jest sprytna, siejąc wątpliwości w prasie. Nie zdawała sobie sprawy, że w małym miasteczku prasa komunikuje się bezpośrednio z ludźmi.
„Po prostu się martwiłam” – jąka się.
A potem wytaczam ostatnią kartę asa.
Wyciągam telefon z kieszeni. Otwieram plik audio, który nagrałam wczoraj podczas zamieszania przy bramie – jedyny moment, w którym Graham myślał, że nie słucham.
Wciskam play.
Głos Grahama wypełnia cichy hol, cichy, ale nie do pomylenia.
„Potrzebujemy adresu, Marilyn. Jeśli Derek nie wskaże inwestorom lokalizacji przed pierwszą, połamią mu nogi. Musimy tylko wejść, rozstawić sprzęt i zrobić zdjęcia. Jak już tam będziemy, Clare nie będzie mogła nas wyrzucić. Wtedy to my będziemy właścicielami”.
Nagranie się kończy.
Następuje absolutna cisza.
Derek patrzy na Grahama.
„Mówiłeś mamie o lichwiarzach” – mówi.
Graham patrzy na podłogę.
Marilyn patrzy na Grahama.
„Mówiłeś, że to tylko problem z płynnością finansową” – szepcze. „Mówiłeś, że robimy to dla jego przyszłości”.
Patrzę na niego. Trójkąt miłosny jest kompletny. Zwracają się przeciwko sobie. Jedność zostaje zerwana.
Funkcjonariusz Tate mówi do radia.
„Dyspozytor, potrzebuję dwóch wozów transportowych na Blackwood 440. Aresztowałem trzech podejrzanych. Włamanie, spisek, posiadanie narzędzi włamaniowych”.
„Trzech?” pyta Marilyn ledwo słyszalnym głosem.
Tate patrzy na nią.
„Wysłałaś te maile, proszę pani” – mówi. „Byłaś zamieszana w oszustwo”.
Jeszcze jej nie zakłada kajdanek. Prawdopodobnie nie ma już kajdanek. Ale gestem nakazuje jej usiąść na kanapie obok przerażonego ślusarza.
Błyskające światła eskortujących radiowozów oświetlają ściany holu, malując nas wszystkich na niebiesko i czerwono. Przyjeżdżają policjanci. Najpierw zabierają Dereka. Teraz płacze – przeraźliwym, szlochającym płaczem, błagając mnie, żebym zadzwoniła do gubernatora, błagając, żebym powiedziała mu, że to żart.
Patrzę, jak odchodzi, bez emocji.
Potem zabierają Grahama. Próbuje iść z godnością, ale trudno wyglądać godnie, gdy prowadzi cię za łokieć policjant o połowę młodszy. Nie patrzy na mnie. Patrzy w ziemię.
W końcu policjantka podchodzi do Marilyn.
Marilyn wstaje. Patrzy na mnie ostatni raz. Jej oczy są zaczerwienione. Makijaż rozmazany. Wygląda staro.
„Clare” – szepcze. „Proszę. Są święta”.
Patrzę na nią. Patrzę na kobietę, która zapomniała o mnie przez siedem lat. Patrzę na kobietę, która siedziała przy ciepłym stole, podczas gdy ja siedziałam w zimnym samochodzie.
Zbliżam się do niej o krok.
„Boże Narodzenie to dzień, który warto zapamiętać, Marilyn” – mówię cicho.
Zatrzymuję się na chwilę, pozwalając słowom unosić się w zimnym powietrzu.
„Ale ty pamiętasz o mnie tylko wtedy, gdy mnie potrzebujesz. A ja już cię nie potrzebuję”.
Odwracam się i słyszę, jak policjant mówi: „Proszę pani, chodźmy”.
Słyszę, jak drzwi zamykają się za nimi.
Stoję tam przez długi czas, twarzą do choinki. Słyszę uruchamianie silników radiowozów. Słyszę pisk opon na śniegu, gdy odjeżdżają, usuwając toksyczność z mojego życia.
Kilometr za kilometrem.
W domu znów panuje cisza, ale nie jest pusty.
Artur odchrząkuje.
„Cóż” – mówi zaskakująco cichym głosem. „To był z pewnością historyczny wieczór”.
Odwracam się.
Aby zobaczyć pełną instrukcję gotowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij PODZIELIĆ SIĘ nią ze znajomymi na Facebooku.